Kruk
17 listopada 2011 in Wpisy
22 września 2011 in Wpisy

fot. sxc.hu
Za nieco ponad dwa tygodnie będziemy mieli okazję skorzystać z wywalczonego prawa do głosowania. Partie jak zwykle obiecują dużo, planują, lobbują i walczą o głosy. Efekty pracy możemy ocenić idąc do urn. A jakie gruszki na wierzbie obiecują nam – ekologom – tym razem największe polskie partie? Na przegląd wziąłem cztery partie: PO, PiS, SLD i PSL. Nie zagłębiałem się w programy Ruchu Palikota, PJN itd, bo wtedy musiałbym wziąć pod uwagę wszystkie Komitety Wyborcze jakie się zarejestrowały. Przyjąłem więc chyba najsprawiedliwsze kryterium, mianowicie partie, które dostały się do Sejmu w 2007 roku. Uprzedzając pytania – PJN zawiązał się w trakcie trwania kadencji. Postanowiłem im się przyjrzeć bliżej i wyciągnąć jakieś wnioski. Zapraszam zatem do zapoznania się z moim obiektywnym – osobiście, a subiektywnym – patrząc okiem ekologa raportem. Zachęcam do wyrażania opinii z prośbą aby były to opinie merytoryczne, nie istotne czy negatywne czy pozytywne. Read the rest of this entry →
12 września 2011 in Wpisy
Druga połowa września, tuż po godzinie 23. Właśnie minąłem tablicę informującą wjazd do dużego – niegdyś powiatowego – miasta. Tablica ta normalnie o tej porze dnia daje mi możliwość jazdy z prędkością 60km/h. Ja jadę niecałe 20km/h. Wpatrzony w jezdnię niczym stereotypowa kobieta w podeszłym wieku za kółkiem. Co chwilę muszę uciekać, omijać, odbijać kierownicę w ostatniej chwili. Mimo, że jeżdżę tą trasą dosyć często nie jestem w stanie zapamiętać każdego monstrum, każdej przeszkody na jezdni. Tym bardziej, że ich przybywa z każdym dniem. Śmiem twierdzić, że z każdą godziną. Inwazja się poszerza cały czas. Mimo to staram się zachować zimną krew, trzymam mocno „wodze” w rękach, starając się ich nie wypuścić co nie jest łatwe. W myślach powtarzam sobie, że już blisko, że już niedługo, ale słyszę odpowiedź: „tak blisko , a tak daleko”. Nie poddaję się, widzę wreszcie pierwszą latarnię w czeluściach ciemności. Miasto – jeśli w ogóle tak można nazwać to miejsce – wygląda na opustoszałe. Witryny sklepowe pozamykane, ciemne. Gdyby nie kilku potykających się meneli, zaczepianych przez łysych przedstawicieli młodego pokolenia pomyślałbym, że nie ma tu żywej duszy. W pewnym momencie widząc jak mniemam pierwszy od godziny przejeżdżający samochód obie strony sporu, jak jeden mąż odprowadzili wzrokiem moje auto. Z sercem na ramieniu podjeżdżam pod miejsce postojowe. Ciągle pamiętam o siekierce, która spoczywa w bagażniku w razie niebezpieczeństwa. Tylko pytania pozostaje jedno: „czy zdążę ją wyciągnąć?”. Mówiąc sobie „raz się żyje” postanawiam wyjść z auta, w którym czuję się niczym płód w łonie matki. Najbezpieczniej. Szybkim krokiem, na pewno z większą prędkością niż chwile wcześniej autem przemierzam zaciemnione uliczki i bramy, by po niespełna 5 minutach znaleźć się w miejscu docelowym.
To bynajmniej nie jest wstęp do książki z gatunku mrocznego, surrealistycznego thrillera. W żadnym wypadku. Jest to opis – z całego serca gwarantuję, że najdelikatniejszy i najłagodniejszy jaki się da – jednego z moich częstych wyjazdów do Wałbrzycha. Jeśli zatem chcecie zobaczyć największy i najbardziej realistyczny skansen w tym kraju, przenieść się co najmniej kilkadziesiąt – a w niektórych dzielnicach kilkaset – lat wstecz, to polecam z całą odpowiedzialnością miasto – kiedyś na prawach powiatu – Wałbrzych.
W dzień wygląda to zupełnie inaczej – zamiast ciemności mamy szarość. Zamiast dziur w drogach mamy większe dziury. Ludzie bez zmian. Więcej słów nie potrzeba.
Nie jest to opis godzący w jakieś personalia, nie jest on też obiektywny. Jest to opis osoby, która z tym miastem nie jest w żaden sposób związana, nie mieszkała tam, nie mieszka i nie sądzi, że – w ciągu swojego życia – zamieszka tam, np. na skutek pozytywnych zmian w tym mieście. To się nie stanie w rok, dwa, dziesięć. Śmiem twierdzić, że nie stanie się to w ciągu wieku, może nawet nigdy. Ot, trzeba się z tym pogodzić, że takie miasto będzie na zawsze, dzięki czemu Polacy – starsi ode mnie – przypomną sobie jak było w PRL, a inni Polacy – w tym ja, w moim wieku i młodsi – zobaczą jak było w PRL… Jest to opis osoby, która poznała Wałbrzych w wieku dwudziestu-paru lat, kiedy miała już ukształtowane poglądy na temat wielu miast. Jeśli miałyby być jakieś czynniki mogące wpłynąć na opinię to na pewno nie byłyby to czynniki wpływające na niekorzyść miasta. Wręcz przeciwnie, osąd powinien mieć pozytywny „handicap”. Moje nastawienie było pozytywne, może aż za bardzo? Może gdybym nie liczył na to, że wreszcie poznam uważane za jedno z najbardziej zielonych miejsc w kraju, z bogatą historią i tradycjami, może wtedy nie zaskoczyłbym się negatywnie? Może warto było liczyć na ruiny, wielką biedę, być sceptycznie nastawionym, może wtedy ostateczny werdykt byłby przytłumiony pozytywnym zaskoczeniem? Nie – w mieście byłem dziesiątki razy, nie ma szansy, że się pomyliłem. Na jakiej podstawie można mieć nadzieję, że miasto się rozwinie, że będzie to wyglądało o wiele lepiej, kiedy idąc do parku – w mieście mającym w herbie drzewo (notabene to drzewo jest główną „postacią” herbu)! – spotykamy powalone ławki. Ba, powalone resztki ławek, bo ławkami tego nie można nazwać. Metalowe konstrukcje zabrane przez emanujących wszystkimi zapachami świata złomiarzy, którzy wymieniają je na buteleczkę magicznego soku z gumi-jagód, tylko po to, by przez kilka godzin poczuć się lepiej, następnie odpocząć i nabrać sił to kolejnych zbiorów, tym razem polowanie na wnętrzności latarni, wyciągają kable ile się da – miedź jest w cenie na skupie. Panowie dbają dzięki temu o nastrój dla młodych, zakochanych par, by Ci mieli ciemno i miło podczas wieczornych spacerów po parku. To trzeba im przyznać – są romantyczni. O zgrozo! Skoro nie da się pójść do parku (może wyolbrzymiam? Może jestem tchórzem i nazbyt panikuję?) wybierzmy się zatem do „miasta”. Tak duże miasto, liczące przecież ponad 120 tysięcy powinno mieć miejsca gdzie Ci mieszkańcy – oprócz wspomnianych kloszardów – mogą się rozerwać „wieczorami”. Nie przypadkowo postawiony został cudzysłów. Z moich obserwacji wynika – co jest bardzo niepokojące, przynajmniej dla mnie – że miasto Wałbrzych znajduje się w zupełnie innej strefie czasowej. Dla miasta godzina 19 to wieczór, kiedy to ulice świecą – zamiast latarniami – pustkami. O godzinie 22 natomiast nieliczne kluby w ścisłym centrum miasta są już pozamykane na trzy zamki, z dbałości o bezpieczeństwo – ma się rozumieć. No cóż, pozostaje nam tylko wrócić do domu, ale i to nie jest łatwe. Znaleźć taksówkę w centrum miasta (przed godz. 23!) graniczy niemal z cudem, jeśli zatem nie mamy zapisanego numeru, bądź malowniczej wizytówki – nic z tego, wracamy na piechotkę. Pozwiedzamy rankiem. Po wschodzie słońca jednak nie wygląda to o wiele lepiej, siadając na rower, chcąc przemierzyć miasto (po ulicach którego nie tak dawno jeszcze rozgrywane były wyścigi kolarskie) na dwóch kółkach spotykam się z nieoczekiwaną przeszkodą – po czym mam jechać? Brak wydzielonych pasów dla rowerzystów, może akurat w tym temacie mam wygórowane żądania, bo mam skażone poglądy ścieżkami rowerowymi Wrocławia. Chwila, chwila – przecież Wrocław leży 75km stąd! Czemu więc tutaj nie może być tak dogodnych warunków dla rowerzystów?! Spróbujmy więc komunikacji miejskiej, poszedłszy do kiosku po bilety, spytałem o dostępność przewodników turystycznych, na co skądinąd sympatyczna Pani z kiosku z ironicznym uśmiechem odpowiedziała: „a co Pan chce w tym mieście oglądać?” „Właśnie chcę się tego dowiedzieć z przewodnika” – odrzekłem. Pani z jeszcze szerszym uśmiechem odpowiedziała: „za bilecik 2,40zł, przewodników brak”. „No trudno” – powiedziałem do siebie i poszedłem na przystanek, tam spytałem jak dojechać do jakiejś starej, zabytkowej kopalni, bo co jak co, ale takie miejsce w Wałbrzychu być musi. Dowiedziałem się, że w mieście są tylko ruiny kopalni, brak możliwości zwiedzania, brak podejścia. Nie skorzystałem z rady przechodnia i nie udałem się, jak mi sarkastycznie doradził – zwiedzać dzielnicę „Biały Kamień”, bo o niej już niejedno słyszałem, ani na składowisko niebezpiecznych odpadów – powdychać dwutlenku w centrum miasta, jak to doradził ów przechodzień.
Tak więc wyjechałem z miasta o tak wielkim potencjale jak żadne inne w kraju, a widziałem miast naprawdę bardzo wiele. Różnica polegała na tym, że owe „inne” miasta potrafiły wykorzystać każdy, nawet najmniejszy atut swojego położenia i warunków. Wałbrzych natomiast, mając dużo takich atutów (położenie górskie, wielka powierzchnia, zabytki, wymagające jedynie doszlifowania, aby stały się znoszącą złote jaja atrakcją turystyczną i jeszcze, a dokładniej przede wszystkim: zieleń!) nie wykorzystuje żadnego z nich. Wniosek nasuwa się jeden: mając tak dużo włodarze postradali zmysły i stwierdzili, że posiadanie wystarczy. Zapomnieli jednak o jednym: o szlifowaniu skarbów. Tak, żeby miasto rosło, a nie upadało. Tak jak z diamentami, jak go doszlifujemy, to kamień będzie bezcenny, będzie szanowany, natomiast świeżo wydobyty, niezadbany owszem – sprzeda się, ale będzie śmieciem za grosze, a w przyszłości zostanie zapomniany…
30 sierpnia 2011 in Wpisy
Ujawnione po raz pierwszy – GMO depesze dyplomacji amerykańskiej z Warszawy.
Portal WIKILEAKS publikuje porażające materiały o promowaniu GMO przez dyplomację amerykańską w Polsce i Bułgarii. Widzimy tu dziesiątki nieoficjalnych spotkań nie tylko z biotechnologami, którzy mają grać rolę „niezależnych” ekspertów, ale także z politykami i dziennikarzem Gazety Wyborczej znanym z wytrwałego promowania biotechnologii w Polsce. Materiały te stawiają pod znakiem zapytania suwerenność Polski w podejmowaniu decyzji na temat dopuszczenia GMO w naszym kraju.
2006-01-25 13:36
„Starszy doradca w zakresie biotechnologii rolniczej, Madelyn Spirnak odwiedziła Warszawę w dniach 29-30.11.2005 aby przedyskutować stanowisko rządu USA w sprawie GMO z przedstawicielami rządu polskiego, naukowcami i mediami. Spirnak była zadowolona z pozytywnego stosunku do inżynierii genetycznej niektórych pracowników ministerialnych i profesorów, jednak to pozytywne wrażenie osłabia fakt, że wiele jeszcze pracy trzeba, aby odwrócić powszechnie panujące negatywne opinie o GMO.
Jedna konkluzja była szczególnie jasna: kwestia GMO jest obecnie regulowana przez nastawienie opinii publicznej i dlatego potrzeba taktyki politycznej i socjologicznej aby wygrać z decydentami i opinią społeczną. Spirnak w pierwszej kolejności spotkała się z sześcioma naukowcami z zakresu genetyki roślin. Wszyscy ci naukowcy narzekali, że choć przed laty społeczeństwo polskie zaakceptowało GMO, dziś 70% społeczeństwa jest przeciwko GMO w rolnictwie i żywności.
W ich opinii, adwokaci GMO – wpływając na opinię publiczną, muszą skupić się na potencjalnych zyskach dla konsumentów, a nie dla producentów. Jeden z naukowców zauważył, że część opozycji dla GMO wynika z faktu, że w Polsce nikt nie głoduje, więc po co wprowadzać GMO. Z drugiej strony Polacy nie sprzeciwiają się wykorzystaniu GMO w medycynie, ponieważ to daje dostęp do tańszych leków. Naukowcy stwierdzili, że kampania skupiona na potencjalnie mniejszych kosztach żywności otrzymanej z GMO przemówi do przeciętnego Polaka.
Spirnak odwiedziła także ministerstwa Rolnictwa i Środowiska aby poznać opinie rządu polskiego. Anna Liro, zastępca dyrektora powiedziała, że dolne szczeble administracji opierają się na argumentach naukowych, ale Minister Środowiska w swoich decyzjach bierze pod uwagę opinię publiczną i kwestie polityczne.
W Ministerstwie Rolnictwa Spirnak spotkała się z sekretarzem Lechem Różańskim, który powiedział, że w Polsce opinia publiczna jest przeciw GMO i rząd musi brać to pod uwagę. Rząd rozważa regulacje bardziej restrykcyjne niż Unia Europejska. Różański wyjaśnił, że polskie produkty mają w UE markę zdrowych i naturalnych i są konkurencyjne na rynku. Użycie GMO może osłabić tę opinię i pozycję rynkową Polski. Kiedy Spirnak i Doradca Rolniczy z Ambasady powiedzieli, że takie podejście będzie wielkim problemem dla USA, UE i WTO, Różański uspokoił się i powiedział, że Polska będzie postępować zgodnie z regulacjami UE. (dopisek: Różański złagodził swoje stanowisko na kolejnym spotkaniu, w którym uczestniczył amerykański doradza rolniczy).
(…)Spirnak dyskutowała o braku akceptacji dla GMO wśród polskiej opinii publicznej z Robertem Gabarkiewiczem, przedstawicielem Monsanto. Gabarkiewicz powiedział, że 10% polskich rolników produkuje 80% żywności spożywanej w Polsce. Ci producenci są za GMO, bo zależy im na wyższych plonach i większych zyskach. Ale 90% polskich rolników, którzy produkują 20% żywności jest stanowczo przeciwnych ponieważ są oni zależni od dopłat unijnych w ramach wspólnej polityki rolnej UE. Ponieważ ten segment populacji polskiej sięga milionów, ich głosy mają silny wpływ na decyzje polityczne.
Spirnak spotkała się także ze Sławomirem Zagórskim z Gazety Wyborczej, która ma największy nakład w Polsce. Zagórski, szef działu naukowego Wyborczej słuchał Spirnak życzliwie i wspomniał, że napisał niedawno artykuł o GMO (po wizycie w USA, sponsorowanej przez Wydział Rolnictwa (USA?). Po tej publikacji był oskarżany, że jest agentem Monsanto, który bierze łapówki, żeby pozytywnie pisać o GMO. Chociaż wciąż jest zainteresowany tematem, po prostu nie może teraz napisać kolejnego artykułu o GMO, biorąc pod uwagę silnie negatywną reakcję publiczną na pierwszy artykuł. Dwa zagadnienia pojawiły się podczas wizyty Spirnak: polskie społeczeństwo i polski rząd. Polacy zwyczajnie wierzą, że w UE jest nadprodukcja żywności, a GM produktów nie da się porównać z ich naturalnymi odpowiednikami pod względem smaku i wartości odżywczej. Słyszeliśmy stale, że ludzie powinni mieć prawo wyboru, ale chcą oznakowań, aby wiedzieć, czy jedzą GM żywność. Po drugie, jest jasne, że eksperci w ministerstwach mają naukowe podejście do GMO. Jednak ich przełożeni, ci na poziomie politycznym, więcej uwagi zwracają na opinię publiczną.
Na podstawie dyskusji z naukowcami i innymi działaczami pro-biotechnologicznymi, powstał wniosek, że nasza strategia, aby wpłynąć na bardziej pozytywne nastawienie opinii publicznej powinna być skupiona na podkreślaniu zysków dla konsumentów i na pozytywnym wpływie jaki GMO może mieć na redukcję kosztów żywności i leków. Nasze wysiłki powinny skupiać się również na przedstawieniu pozytywnego wpływu GMO na środowisko poprzez obniżenie zużycia pestycydów, herbicydów i rezygnację z głębokiej orki.
W najbliższym czasie jest kluczowe, aby pracować z członkami rządu polskiego aby zapobiec proponowanemu dwuletniemu moratorium na nasiona GM i aby wpłynąć na kształt przyszłych przepisów o koegzystencji z nadzieją zapewnienia, że nie będą one tak restrykcyjne, aby zapobiec komercyjnemu użytkowaniu ziarna GMO w Polsce. Stopniowe wprowadzanie GM ziarna paszowego (w przeciwieństwie do konsumpcji przez ludzi) mogłoby w końcu zmiękczyć społeczny sprzeciw wobec innych zastosowań GMO. Importowane pasze GMO już są w Polsce, a wiec ten most został już przerzucony.”
Tłumaczenie: Dr Katarzyna Lisowska. Przedruk z: naturalnegeny.pl
Ostatnie komentarze